poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Niebo istnieje... naprawdę

Pierwszy raz na ten film wybrałam się z osobą, która... jak to ujęła... w coś wierzy, ale ta wiara nie ma nic wspólnego z żadną religią. Ja, jako osoba wierząca (ale też mocno po swojemu i wciąż stawiająca liczne i nowe pytania), zastanawiałam się jak na naszą dwójkę wpłynie ten film, gdy już go obejrzymy. Czy coś się zmieni?

Czytałam różne recenzje odnoszące się do tej produkcji, wśród których przeważały hasła "Niewierzących nie przekona, wierzący już i tak swoje wiedzą". Nasza dwójka nie zaliczała się w zasadzie do żadnej z tych grup, tym większa była moja ciekawość - jak odbierzemy ten film?

Jeszcze zanim skoncentruję się na "Niebo istnieje (...)" muszę uczciwie przyznać, że jako psycholog (zawód wyuczony) niemal od zawsze zafascynowana byłam historiami związanymi z podróżami do innego wymiaru - w chwili śmierci. Czytałam i oglądałam dokumenty poświęcone osobom, które przeżyły śmierć kliniczną, ale jednocześnie z zainteresowaniem śledziłam eksperymenty na uniwersytetach, gdzie (dzięki odpowiedniej stymulacji mózgu) potrafiono wywołać uczucia zbliżone do tych, o których opowiadali "cudownie ocaleni". Mój sceptycyzm wobec prawdziwości tych przeżyć słabł tylko w przypadkach, w których opowieści pochodziły od... dzieci. Trzyletni Paul, czteroletni Colton, sześcioletni Alex - to tylko przykłady wielu maluchów, które otarły się o śmierć (Paul nie oddychał przez ponad 3 godziny, Colton był nieprzytomny i bliski śmierci, u Alexa stwierdzono śmierć mózgu - obudził się po kilku miesiącach). I choć chłopcy ci pochodzą z różnych części świata, ich opowieści o Niebie wydają się niezwykle spójne.

"Niebo istnieje... naprawdę" opowiada historię drugiego z wymienionych przeze mnie chłopców, Coltona Burpo (wcielił się w niego Connor Corum), który niemal zmarł na sali operacyjnej po tym, jak kilka dni wcześniej rozlał mu się wyrostek. Po udanej operacji chłopiec się zmienia - zaczyna opowiadać o przeżyciach, których doświadczył. Wyjawia sekrety rodzinne, o których - poza jego rodzicami - nikt nie miał pojęcia.

"Niebo (...)" nie koncentruje się jednak ani na samym Coltonie, ani na wizji opisywanego przez niego raju, do którego trafił. Skupia się na pastorze Toddzie, ojcu Coltona (w tej roli Greg Kinnear), którego wiara została wystawiona na ciężką próbę. Jego syn nie umarł, jak zatem mógł widzieć Niebo, anioły, Jezusa? Chłopiec przez kilka godzin leżał na stole operacyjnym, więc jak mógł widzieć płaczącą w szpitalu matkę i krzyczącego w kaplicy ojca, kaplicy, która znajdowała się w innym skrzydle szpitala?

Colton z rozbrajającą, dziecięcą szczerością, dzieli się swoimi przeżyciami i mówi o nich tak, jakby zdarzyły się na ziemi. To sprawia, że chce się wysłuchać jego historii, a twarz małego aktora potrafi wywołać u Widza i uśmiech i łzy wzruszenia. Genialna muzyka dopełnia obrazu, podobnie jak nawiązanie do Akiane Kramarik, Litwinki, która od czwartego roku życia przelewa swoje wizje Nieba na płótno. To właśnie w jej pracy Colton rozpoznał spotkanego w Niebie Jezusa, o czym również jest mowa w filmie.

Jezus narysowany przez Akiane Kramarik
Akiane Kramarik stworzyła ten portret mając zaledwie 8 lat
Czy z seansu wychodzimy bogatsi, mądrzejsi, z innym podejściem do życia? Trudno powiedzieć. Myślę, że świetnym podsumowaniem filmu jest kazanie wygłoszone przez pastora Burpo, w którym mówi on, że Niebo widzimy codziennie - w cudzie narodzin, odwadze przyjaciela, w miłości do rodziny. Zapytana przeze mnie o wrażenia osoba, z którą byłam na "Niebie (...)" (przypomnę - niewierząca) powiedziała mniej więcej "To film o tym, co tak naprawdę liczy się w życiu. Że Niebo każdy z nas może mieć tutaj."

A ja? Pomimo wciąż lęgnących mi się w głowie pytań, z prawdziwą przyjemnością obejrzałam ten film. Film o sile, wytrwałości, ufności i o tym, czego nie potrafimy lub nie chcemy dostrzec na co dzień. I o nadziei.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza